Interesuje cię nowa powieść Olgi Tokarczuk i temat powojennych przesiedleń? Z tego tekstu dowiesz się, skąd bierze się jej pomysł i dlaczego Dolny Śląsk to tak wyjątkowa przestrzeń. Przeczytasz też, jak literatura próbuje dziś opowiadać o jednym z największych przemieszczeń ludności w historii Europy.
O czym ma opowiadać nowa powieść Olgi Tokarczuk?
Olga Tokarczuk już zapowiedziała, że pracuje nad książką poświęconą powojennym przesiedleniom na Dolnym Śląsku. Chodzi o czas tuż po 1945 roku, gdy w wyniku decyzji mocarstw przesunięto granice, a miliony ludzi musiały opuścić swoje domy. Noblistka określa ten proces jako „jedno z największych przesiedleń w dziejach Europy”.
Po II wojnie światowej z terenów dzisiejszego Dolnego Śląska wypędzono niemiecką ludność cywilną. Ich miejsce zajęli przybysze z różnych stron – z Kresów Wschodnich, centralnej Polski, a także innych regionów. Tokarczuk podkreśla, że na Dolny Śląsk, Pomorze, Warmię i Mazury przybyły wielomilionowe grupy ludzi z innego języka i innej kultury. Wśród nich byli także jej przodkowie, co dodaje projektowi osobistego wymiaru.
Dlaczego ta historia nie została jeszcze „porządnie opowiedziana”?
Tokarczuk mówi wprost, że zadziwia ją brak pełnej, literackiej opowieści o polsko‑niemieckiej wymianie ludności po wojnie. W polskiej prozie pojawiały się już ważne książki o deportacjach – od Stefana Chwina po Olgę Tokarczuk z „Opowieściami ostatnimi” – ale wciąż brak jednego szerokiego, epickiego ujęcia Dolnego Śląska jako przestrzeni przesiedleń.
Przez dziesięciolecia pamięć o wypędzeniach Niemców spychano na margines, a w centrum stawiano głównie exodus ludności polskiej z Kresów. Historycy przypominają, że w latach 1945‑1948 w Europie przymusowo przesiedlono około 9 milionów osób. Większość czytelników zna ten proces z perspektywy polskich uchodźców i zesłańców. Tokarczuk chce dopisać brakujący rozdział – historię ludzi, którzy przyjechali „na czyjeś miejsce”, zamieszkali w cudzych domach, wzięli do ręki klucze po niemieckich rodzinach i musieli jakoś ułożyć sobie życie.
Dolny Śląsk jako miejsce „po kimś”
Dolny Śląsk, o którym pisze i w którym mieszka Tokarczuk, to region powstały w wyniku wielkiej wymiany ludności. Krajobraz miasteczek i wsi nosi do dziś ślady niemieckiej obecności: napisy na murach, układ cmentarzy, architekturę. Polscy przesiedleńcy przyjechali tu z bardzo różnych stron – z Lidy, Wilna, Stanisławowa, Wołynia, także z małych wiosek Białorusi czy Ukrainy – i musieli nauczyć się żyć w przestrzeni, która nie była „ich” od pokoleń.
Ten stan „tymczasowości” – dom, który był czyjś, pola po kimś, nagrobki w obcym języku – tworzy szczególny rodzaj pamięci. W literaturze nazywa się go często pamięcią wygnańca i przesiedleńca. Tokarczuk chce wejść głębiej w doświadczenie ludzi, którzy żyli w zawieszeniu: pomiędzy utraconą ojczyzną a nowym miejscem, które długo wydawało się obce.
Jak literatura wcześniej opowiadała o przesiedleniach?
Nowa powieść Tokarczuk nie powstaje w próżni. Od kilkudziesięciu lat europejska i polska literatura stopniowo odkrywa temat deportacji, wypędzeń i obozów pracy. To właśnie z tych tekstów wiadomo, jak bardzo powojenny porządek opierał się na etnicznym ujednoliceniu państw i przesuwaniu ludzi ponad ich głowami.
W polskim piśmiennictwie można wyraźnie zobaczyć przesunięcie akcentu. Najpierw dominowały opowieści frontowe i martyrologiczne. Później pojawiły się narracje cywilne – o cywilach ratujących się przed śmiercią, o głodzie, gwałtach, ucieczkach. Wreszcie zaczęły wychodzić książki, które opisują przesiedlenia Polaków i Niemców równocześnie, pokazując, że deportacyjne szlaki biegły w dwóch kierunkach.
Polskie opowieści o exodusie ze Wschodu
Motyw wypędzenia z Kresów pojawia się w wielu znanych tytułach. Aleksander Jurewicz pisał o przesiedleniu z Białorusi w książkach „Lida”, „Pan Bóg nie słyszy głuchych” i „Dzień przed końcem świata”. Stefan Chwin w „Krótkiej historii pewnego żartu” ukazywał doświadczenie wyjazdu z terenów litewskich, a Zbigniew Żakiewicz i Adam Zagajewski wspominali utracone Wilno oraz Lwów.
Te książki uświadomiły czytelnikom skalę polskiej ekspatriacji z Kresów, ale długo brakowało równoległego obrazu losu Niemców, którzy w tym samym czasie opuszczali Górny i Dolny Śląsk, Prusy Wschodnie czy Pomorze. Dopiero takie zestawienie – Polaków i Niemców na jednej osi doświadczenia wygnańczego – pozwala zobaczyć całość powojennego krajobrazu.
Niemiec w polskiej literaturze – od wroga do ofiary?
Od lat 80. polscy pisarze stopniowo zmieniali sposób przedstawiania Niemca. Andrzej Szczypiorski w „Początku” pokazał niemieckiego bohatera, który ratuje Żydówkę z rąk Gestapo. Stefan Chwin w „Hanemannie” opisał melancholijnego lekarza z Gdańska, Niemca, który po utracie ukochanej wybiera bierność i zostaje w mieście już po przejściu pod polską administrację.
Takie postacie przesuwają akcent z prostego schematu „kat – ofiara” w stronę bardziej skomplikowanego obrazu. W literaturze pojawia się Germanus sedens – „siedzący Niemiec”, człowiek słaby, przygnieciony wojną, niezdolny do czynu. Równocześnie w tekstach o obozach po 1945 roku pojawia się obraz Germanus sacer – „człowieka poświęconego”, czyli niemieckiej ludności cywilnej sprowadzonej do nagiego życia, którego można pozbawić, nie podlegając żadnym konsekwencjom.
Dlaczego przesiedlenia są tak ważne dla zrozumienia Europy po 1945 roku?
Günter Grass nazwał zignorowanie niemieckiej gehenny uciekinierów „niesłychanym zaniedbaniem”. Uważał, że pokolenie, które budowało powojenne Niemcy, zbyt mocno skupiło się na winie i pokucie, a za mało miejsca zostawiło na opisanie cierpienia własnych wypędzonych. To milczenie – zdaniem Grassa – otworzyło przestrzeń dla skrajnej prawicy, która dziś próbuje przejąć temat krzywd Niemców.
W podobny sposób można patrzeć na polską pamięć. Przez lata mówiono głównie o haśle „Niemcy Polakom zgotowali ten los”, odsuwając na bok pytanie, co wydarzyło się, gdy wojna się skończyła, ale przemoc jeszcze nie ustała. Literatura, która opisuje obozy pracy dla Niemców czy przemoc wobec niemieckich kobiet, nie relatywizuje zbrodni nazistowskich. Pokazuje natomiast, że prawo do cierpienia nie jest zarezerwowane dla jednego narodu.
Nowa antropologia wygnańca
Wiele współczesnych tekstów sugeruje, że powojenna Europa została zbudowana nie tyle na końcu wojny, ile na przesiedleniu i etnicznym oczyszczeniu państw. W centrum tej wizji stoi wygnaniec – człowiek, który musiał zostawić „heimat”, rodzinne strony, groby przodków, i wyruszyć w drogę w nieznane.
To właśnie wokół wygnańca buduje się nowy obraz człowieka w literaturze: nie jako kogoś głęboko zakorzenionego w jednej ziemi, lecz jako istoty, której los zależy od decyzji politycznych, układów granic, ustaleń konferencji. W takim ujęciu nasze „osiedlenie” okazuje się tylko krótkim przystankiem, a status prawny człowieka – kartą w ręku władz, które mogą zdecydować o kolejnym przemieszczeniu.
Jakie miejsce zajmuje w tym wszystkim Olga Tokarczuk?
Tokarczuk od lat interesuje się figurą wygnańca, pielgrzyma, wędrowca. W „Biegunach” śledziła ludzi, którzy nie potrafią zatrzymać się w jednym miejscu. W „Księgach Jakubowych” pokazywała dawne pogranicza religii i kultur, na których granice były ruchome, a tożsamości mieszały się na wiele sposobów.
Jej nowa powieść o Dolnym Śląsku ma szansę połączyć te dwa wątki: historyczne doświadczenie przymusowej wędrówki oraz współczesne pytanie o to, kim jesteśmy, gdy mieszkamy „po kimś” i „z kimś”. Autorka podkreśla, że chodzi jej o opowieść zbiorową. Nie o jednego bohatera‑emigranta, lecz o całą społeczność przesiedlaną, która musi nauczyć się wspólnego życia mimo braku wspólnych korzeni.
Nowi narratorzy i nowe punkty widzenia
Podczas kongresu PEN w Krakowie Tokarczuk mówiła, że literatura stoi dziś wobec „totalnej zmiany”. Żyjemy jednocześnie w świecie analogowym, cyfrowym, medialnym, pod okiem kamer i w sieciach społecznościowych. Sama przyznała, że szuka nowych narratorów, bo nie da się już opowiadać świata tylko z perspektywy pisarza zamkniętego w gabinecie.
W tym kontekście jej powieść o przesiedleniach może się stać laboratorium nowych punktów widzenia. Tokarczuk fantazjuje o narracji prowadzonej oczami myszy, które biegają po domu, albo z perspektywy sztucznej inteligencji. To ważne, gdy mówimy o świecie powojennym, gdzie prawda składa się z wielu sprzecznych relacji: polskich, niemieckich, żydowskich, ukraińskich. Nowy typ narratora może pomóc pokazać, że żadna z tych perspektyw nie ma monopolu na opis historii.
Tokarczuk traktuje literaturę jak organizm scalający wspólnotę – coś, co pozwala nam dzielić doświadczenia i uczyć się z cudzej pamięci, także wtedy, gdy jest bolesna.
Jak nowe przesiedleńcze opowieści wpływają na nasze myślenie o narodzie?
Eseje o relacjach polsko‑niemieckich pokazują, że obraz Niemca w polskiej kulturze przeszedł długą drogę – od oprawcy z czasów okupacji, przez melancholijnego cywila, aż po ofiarę powojennych obozów. Ten proces nie służy wybielaniu historii. Zmusza za to do zadania pytania: czy da się dalej myśleć o świecie tylko przez pryzmat narodów?
Przedstawianie Niemców, Żydów, Rosjan czy Ukraińców w coraz bardziej złożony sposób sprawia, że kategorie „my” i „oni” stają się niewygodne. Literatura pokazuje mieszane tożsamości, rodziny złożone z wielu etnosów, miasta, w których języki i kultury nakładają się warstwami. W takiej rzeczywistości narodowość przestaje być jedyną ramą opisu człowieka.
- Polak może być równocześnie przesiedleńcem i beneficjentem cudzej krzywdy, bo zamieszkał w domu wypędzonych.
- Niemiec może być jednocześnie dawnym okupantem i współczesną ofiarą deportacji.
- Żyd może doświadczać skrajnego cierpienia w getcie, a po wojnie zostać zmuszony do emigracji z kraju, który uważał za swój.
- Mieszkaniec pogranicza może nie mieścić się w żadnej prostej etykietce narodowej.
Taka perspektywa wymusza zmianę języka. Zamiast mówić wyłącznie o „Polakach” i „Niemcach”, coraz częściej mówimy o obywatelach, o ludziach związanych z określonym terytorium poprzez pamięć, pracę i biografie, a nie tylko przez pochodzenie.
Czego może nas nauczyć literacka opowieść o Dolnym Śląsku?
Nowa powieść Tokarczuk pojawi się w momencie, gdy temat przymusowych migracji znów staje się boleśnie aktualny. Wojna w Ukrainie, kryzysy uchodźcze, spory o granice – wszystko to sprawia, że historia przesiedleń po 1945 roku przestaje być jedynie odległą przeszłością.
Opowieść o wymianie ludności na Dolnym Śląsku może pokazać, jak powstaje codzienne życie w miejscu naznaczonym przemocą i wypędzeniem. Jak rodzą się nowe więzi sąsiedzkie, jak działają pamięć i zapomnienie, które krzywdy da się nazwać, a które nadal są wypierane. Dla czytelnika to szansa, by zobaczyć własny region – Wrocław, Wałbrzych, Jelenią Górę, małe sudeckie miasteczka – jako przestrzeń, w której przecinają się ślady Polaków, Niemców i przesiedleńców z Kresów.
| Aspekt | Przed wojną | Po przesiedleniach |
| Struktura ludności | Głównie Niemcy | Mieszanka przesiedleńców z różnych regionów Polski |
| Język przestrzeni | Niemieckie nazwy, inskrypcje | Polskie nazwy, niemieckie ślady w tle |
| Pamięć o miejscu | Wieloletnia ciągłość „heimatu” | Poczucie tymczasowości i życia „w czyimś domu” |
Jak zmienia się rola pisarza w opowiadaniu o przesiedleniach?
Podczas krakowskiego kongresu PEN Tokarczuk mówiła, że świat „widzą dziś kamery”, a ludzie opowiadają o sobie w mediach społecznościowych. Jednocześnie to właśnie w Ukrainie – jak podkreśliła – rynek książki odradza się mimo wojny, a czytelnictwo ma ogromną rolę społeczną w czasie lęku i niepewności.
Noblistka zwróciła się do pisarzy, agentów i wydawców z całego świata z prośbą, by planowali swoje spotkania autorskie na Ukrainie. Nie chodziło tylko o symboliczne wsparcie z zewnątrz, lecz o fizyczną obecność – rozmowę z czytelnikami, głośne czytanie tekstów, wspólne przeżywanie literatury w kraju, gdzie nie milkną syreny alarmowe.
Tokarczuk widzi w literaturze organiczny sposób budowania wspólnoty – narzędzie, które pozwala nie tylko opisać przemoc przesiedleń, ale też wytworzyć przestrzeń solidarności ponad granicami narodowymi.
W tym sensie jej nowa powieść o przesiedleniach na Dolnym Śląsku jest czymś więcej niż kolejną głośną premierą. To próba zmierzenia się z historią, która ukształtowała dzisiejszą mapę Europy i wciąż wpływa na to, jak myślimy o sobie nawzajem. Literatura, która opowiada o wygnaniu, przesuwa granice naszego współczucia – od narodu do człowieka.